Wzmocniony smartfon IP68: na co zwracać uwagę podczas zakupu

Popularność wzmocnionych smartfonów wzrasta proporcjonalnie do tego, jak rozprzestrzenia się moda na bezramkowce w obudowach wykonanych niemal w całości ze szkła. Szkło pęka, rysuje się, jest niewygodne, gdy trzeba używać telefonu w warunkach ekstremalnych. Użytkownicy z rozrzewnieniem wspominają „stare, dobre nokie”, które nie niszczyły się nawet po wielu upadkach i coraz łaskawszym okiem spoglądają na wzmocnione smartfony IP68. Producenci dostrzegają ten trend i wprowadzają na rynek coraz więcej pancerników. Niestety – często liczą tylko na szybki zysk i pod niezniszczalną z pozoru obudową umieszczają bardzo kiepskie komponenty. Na co więc zwracać uwagę?

Obudowa z atrapami

Obudowę, która wygląda na bardzo wytrzymałą i budzi respekt, bardzo łatwo wyprodukować – wystarczy odpowiednia forma, trochę plastiku i dodatkowe detale, jak np. atrapy śrubek. Dla producenta nawet te niestandardowe komplikacje będą oznaczały mniejsze koszty niż wykonanie bezramkowca ze szkła 2,5D.

Stworzenie obudowy, która naprawdę będzie zapewniała duża odporność, to już bardziej skomplikowane zadanie. Pierwszy problem to zaprojektowanie takiej konstrukcji, która zagwarantuje odpowiednią sztywność, ale też nie przeniesie wszystkich wstrząsów na najsłabszy element – ekran.

Zbyt opancerzona, masywna obudowa negatywnie wpływa też na wygodę obsługi, może również ograniczać działanie anten sieciowych lub wykluczyć funkcję ładowania bezprzewodowego. Nie mamy przy tym gwarancji, że w razie zalania, woda nie wniknie po prostu przez słabo zabezpieczone porty. To wszystko producent musi wziąć pod uwagę podczas projektowania pancernika. Często idzie jednak na skróty.

 

 

Wybierając dla siebie pancerny smartfon, nie mamy niestety zbyt wielu możliwości weryfikacji jego odporności i tego, jak sprawi się w rzeczywistości. Musimy polegać na zapewnieniach, że dany model jest zgodny z normą IP68 czy przeszedł testy MIL-STD-810G. Błędy konstrukcyjne czy fabryczne wyjdą dopiero w trakcie użytkowania.

Bardziej znanym producentom można zapewne zaufać, ale wobec „wynalazków” z Aliexpress czy Allegro warto zachować rezerwę.

Jeżeli możemy smartfon obejrzeć przed zakupem na żywo, warto przyjrzeć się, czy porty są solidnie zabezpieczone gumowymi zaślepkami. Coraz częściej producenci stosują złącza odporne na zalanie, które nie wymagają dodatkowych zabezpieczeń, ale taka zatyczka ogranicza także wnikanie błota czy pyłu, które mogą doprowadzić do fizycznego uszkodzenia portu, a w rezultacie jego rozszczelnienia.

 

 

Jeżeli można smartfon otworzyć lub dostać się do komory kryjącej porty SIM i microSD, warto przyjrzeć się, czy otwór ten dobrze chroniony jest przed wnikaniem wody za pomocą krawędziowych uszczelek. Jeżeli klapka zamykana jest za pomocą śrubek, upewnij się, że wkręcane są w metalowe, dobrze osadzone gwinty, a nie bezpośrednio w plastik, bo wtedy szybko cały ten element się rozsypie pod wpływem uderzeń.

Kolejny test – czy obudowa zachowuje sztywność nawet po ściśnięciu lub próbie wygięcia. Wewnętrzna rama z metalu powinna temu przeciwdziałać, ale jeżeli producent postanowił zaoszczędzić, to mógł wykorzystać słabsze lub cieńsze elementy konstrukcyjne. Wtedy też łatwo o katastrofę.

Najsłabszy element konstrukcji – ekran

Ekran to najsłabszy element konstrukcji pancernego smartfona i tu niestety nikt jeszcze nie stworzył nic rewolucyjnego. Najpopularniejsze szkło kryjące wyświetlacze urządzeń mobilnych – Gorilla Glass – w każdej ze swych generacji podda się po mocnym, bezpośrednim uderzeniu lub pod wpływem napięcia krawędziowego.

W pancernych smartfonach często stosowana jest starsza, mniej odporna wersja – Gorilla Glass 3, gdy nowsze – czwarta i piąta – trafiają do szklanych i droższych flagowców. Nowsze generacje GG mniej są podatne na zarysowania, ale żadna nie oprze się ziarenkom piasku.

Moda na bezramkowce zaczyna odciskać swe piętno również na smartfonach o wzmocnionej konstrukcji, ale duże ramki z wysokimi rantami zapewniają jednak większą wytrzymałość i dają większą szansę na to, że sprzęt wytrzyma upadek na kamienie.

 

Wybierając dla siebie pancerny smartfon, warto uświadomić sobie też regułę – im większy ekran, tym telefon bardziej będzie podatny na uszkodzenia mechaniczne. Duży ekran to także mniejsza ergonomia i większa obudowa.

Wysoka rozdzielczość ekranu wiąże się z większym zapotrzebowaniem na moc procesora, a co za tym idzie – szybciej zużywa baterię, co także jest bardzo istotne w pancernikach. Jeżeli wzmocniony telefon ma np. ekran 5,5 cala i rozdzielczość Full HD, to zapewni rozsądny komfort pracy i nie ma sensu nastawiać się na wyższe parametry, jak z najnowszych flagowców.

Kiepska wydajność

Pod wzmocnione obudowy bardzo często trafiają wręcz muzealne komponenty, a na parametry techniczne jak z nowych flagowców nie ma co liczyć. Producenci zakładają zapewne, że użytkownik skuszony pancernikowym wyglądem telefonu nie będzie już zwracał uwagi na pozostałe parametry użytkowe. Ale trzeba bezwzględnie zwracać.

Niewielka wydajność to prawdziwa zmora wielu wzmocnionych smartfonów. Zazwyczaj królują przestarzałe układy MediaTeka – np. Helio P10 czy MT6737. Nie chodzi tylko o wydajność – nowsze MediaTeki w rodzaju Helio P23, chociaż mocą nie grzeszą, na co dzień spisują się całkiem sprawnie. Niestety, jeżeli układ wykonany jest w przestarzałej litografii – np. 28 nm – to oznacza to słabszą energooszczędność.

Układy MediaTeka mają też często ze sprawnym działaniem GPS – np. długo wyznaczają pozycję po „zimnym starcie”, czasami pływają lub gubią lokalizację. Najpewniejszym wyborem będą układy SoC firmy Qualcomm, czyli Snapdragony, które nawet w swych średniopółkowych wariantach zapewniają dużą kulturę pracy, niezła wydajność i lepiej spisują się w funkcjach lokalizacyjnych. Niestety, Snapdragony są rzadko stosowane w pancernikach.

Na ogół trzeba się pogodzić z MediaTekami, w takiej sytuacji warto rozejrzeć się za modelem z nowszym układem, np. tegorocznym Helio P60, wyprodukowanym w procesie 12 nm.

 

 

Układ SoC to jednak nie wszystko. Bardzo istotna jest wielkość pamięci RAM, bo na tej producenci pancerników wciąż oszczędzają. Chociaż coraz częściej we wzmocnionych modelach otrzymujemy nawet 6 GB, jak w szklanych flagowcach, to jednak zdarzają się przypadki oszczędności wyrażanej zaledwie 2 GB RAM. W połączeniu z kiepskim procesorem oznacza to prawdziwą męczarnię dla użytkownika. Na to warto w szczególności zwrócić uwagę.

Aparaty do niczego

Jesteś na górskiej wspinaczce, chcesz uwiecznić skaczącą po skałach kozicę, wyciągasz swój pancerny smartfon i robisz fotkę… Później okazuje się, że kozica jest rozmazana, a góry wyglądają jak dekoracja z dykty. To niestety częsty scenariusz.

Słabe aparaty fotograficzne to kolejna zmora rynku pancernych smartfonów. Co prawda ostatnio sytuacja trochę się poprawia i w nowszych modelach pojawiają się całkiem przyzwoite matryce Sony czy Samsunga uzupełniane optyką o jasności większej niż f/2,0 (czyli np. f/1,8), są już nawet konstrukcje dwuaparatowe, ale o fotograficznych możliwościach znanych z flagowców Huawei czy Samsunga nie ma co marzyć.

Duża część pancerników wyposażona jest w matryce o niskiej rozdzielczości i małych pikselach, wyprodukowane przez producentów o nikłej renomie, ze słabą, ciemną optyką. Nie zachwycają też aplikacje aparatów – są to najczęściej domyślne programy stworzone przez MediaTeka, przystosowane do działania z układami SoC tego producenta. Nie ma w nich ciekawych funkcji i zaawansowanych trybów, np. manualnego.

Rozdzielczość matrycy, która nie jest przecież najważniejszym parametrem aparatu, bywa przy tym myląca. Może się np. trafić aparat 20 Mpix, który nawet w dobrych warunkach oświetleniowych robi nieostre zdjęcia, a w nocy jest po prostu „ślepy”.

Pozostaje mieć nadzieję, że producenci zaczną bardziej zwracać na to uwagę. O ile na budowie dobry aparat nie jest bardzo potrzeby, to już dla osób używających wzmocnionych modeli w turystyce, trekingu czy sporcie jest to jeden z najważniejszych czynników.

 

Zleżały nugat, czyli system

Pod koniec 2018 roku coraz śmielej, chociaż z mozołem, przebija się na rynek Android 9.0. A w pancernikach co mamy? Wersja 7.0, czyli Nougat z 2016 roku, nie będzie niczym dziwnym. Trafiają się nawet modele z jeszcze starszą wersją – Androidem 6.0. Oczywiście o aktualizacjach systemu na ogół nie ma co myśleć.

Inny problem to brak certyfikacji Google, znanej wcześniej jako certyfikat Google Mobile Services (GMS), a ostatnio uwidaczniającej się jako Play Protect. O wiążących się z tym problemach mówi się już od dłuższego czasu – urządzenia bez certyfikacji Google mają być narażone na ograniczenie w dostępie do usług Google.

Co to dokładnie oznacza? To, że sprzęt jest mniej bezpieczny, może być pozbawiony aktualizacji systemu lub aplikacji. Aplikacje Google na urządzeniach bez certyfikatu nie są licencjonowane i mogą nie być prawdziwymi aplikacjami Google, mogą też nie działać prawidłowo. W praktyce zamieszanie związane z brakiem certyfikacji okazało się jak na razie burzą w szklance wody, bo zapowiadana blokada milionów smartfonów bez certyfikatów nie nastąpiła, jednak dla pewności i przyszłego bezpieczeństwa lepiej mieć sprzęt z certyfikatem. Wielu chińskich producentów, także tych, którzy mają w ofercie modele o wzmocnionej konstrukcji, pozostaje z tym na bakier. Także europejskie marki, wykorzystujące jako bazę chińskie konstrukcje, także narażone są na ten problem.

 

Jakie jeszcze systemowe pułapki czekają na nas w smartfonach o wzmocnionej konstrukcji? W skrajnych przypadkach może zabraknąć polskiej wersji językowej (gdy urządzenie kierowane jest tylko na rynek chiński), mogą być też liczne błędy i braki w tłumaczeniu interfejsu tam, gdzie producent dodał coś niestandardowego do podstawowej wersji Androida.

Wielka bateria, ale coś krótko trzyma

5000 mAh, 6000 mAh – takie pojemności akumulatora stają się już standardem w pancernych smartfonach, są też już modele 10 000 mAh. Więc kupujesz taki sprzęt, ładujesz do pełna, wyruszasz na kilkudniową wycieczkę i… już pod wieczór pierwszego dnia smartfon ma już niewiele ponad 10%. Rozczarowanie.

Niestety, praktyka pokazuje, że deklarowana przez producenta liczba miliamperogodzin (mAh) często nie ma przełożenia na rzeczywisty czas pracy. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze producent może zawyżać dane o pojemności akumulatora – co w przypadku mało znanych marek z Chin nie byłoby niczym dziwnym. Czyli zamiast obiecywanego 5000 mAh w rzeczywistości może to być zaledwie 4385 mAh.

Litowo-jonowe ogniwa o kiepskiej jakości będą też szybko wykazywać objawy zużycia, a ich pojemność zmniejszy się – to ważne w przypadku urządzeń kupowanych z drugiej reki.

 

Istotny jest też procesor. Jeżeli został wykonany w starej technologii, np. 28 nm jak wiele starszych MediaTeków, to jego zarządzanie energią będzie dalece odbiegało od pojęcia „oszczędność”. W rezultacie nawet prosta aplikacja może pobrać w naszym pancerniku znacznie więcej energii niż w smartfonie z nowszym i bardziej oszczędnym procesorem. Z tym także wiąże się problem systemu – Android od kilku wersji wyposażany jest w coraz lepsze funkcje zarządzania wykorzystaniem energii.

Starsze wersje systemu będą sobie z tym radzić gorzej, zwłaszcza gdy producent nie przyłożył się do optymalizacji oprogramowania smartfonu.

 

Zdjęcia wykorzystane w  tekście mają jedynie charakter ilustracyjny i nie wiążą się bezpośrednio z treścią. W żadnym wypadku nie wskazują też na omawiane wady w widniejących na zdjęciach modelach.

Facebooktwittergoogle_pluslinkedinmail

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o